Eko – eto, czyli czas zmian DZIAŁAJ LOKALNIE!

24 maja, 2014

www.eko.bosbank.pl

    W jednym z numerów Polityki, który ukazał się jakoś na początku maja, trafiłam na świetny artykuł poruszony przez Martę Sapałę. Temat prosto z okładki „Wyznawcy eko – eto. Nowa ideologia podbija miasta”. Napis na tle zdjęcia przedstawiającego swojsko ubraną dziewczynę z wiklinowym koszem pełnym warzyw, tuż obok rustykalny rower z rabarbarem wystającym z koszyka, wszystko to wpłynęło na chęć zapoznania się z tym artykułem i co więcej, tak długo treść odbijała się echem w mojej głowie aż postanowiłam sama o nieco poruszyć tą kwestię.
    Chyba już większość osób zdążyła zauważyć, bądź podporządkować się trendowi zdrowej żywności, bycia „eko”, wspierania lokalnej działalności. Nie zawsze jednak ten trend pozwalał na przyłączenie się do grupy eko osób, których zasoby finansowe nie przekraczały wynagrodzenia przeciętnego pracownika na etacie. Dorzucając do tego model rodziny, przynajmniej 2+1, ciężko jest pozwolić sobie na ekologiczną żywność, której ceny wielokrotnie przekraczają te, które oferują nam dyskonty. Mimo to wiele osób chce pozwolić sobie na oderwanie od betonowego świata, powoli pęd za kasą, karierą i ciągłym wspinaniem się po jej szczeblach zaczyna mieć mniejsze znaczenie. Coraz więcej osób zauważa jak wiele traci wciskając się w wiecznie żywy wyścig szczurów, zapominając o sobie, o relacjach międzyludzkich, zwykłemu życzliwemu sąsiedztwu. Rzadko zdarza się teraz aby osoby mieszkające w bloku, w jednej klatce znały się na tyle aby swobodnie razem porozmawiać, nie mówiąc już o spędzaniu wspólnego czasu!
Czasami ta kwestia zmienia się, jak dobrze to zauważyła autorka artykułu, w chwili pojawienia się na świecie dziecka. Matki, ojcowie, którzy zamierzają wychowywać dziecko nie podrzucając go co chwilę z miejsca na miejsce, bądź pozostawiając na łasce opiekunki, dużo łatwiej nawiązują kontakty z innymi rodzicielami, wychodząc wspólnie na spacery, pikniki, a wraz ze wzrostem dziecka, nawiązywaniu przyjaźni z dziećmi sąsiadów, spędzając ze sobą coraz więcej czasu. I wtedy pojawia się również myśl – dlaczego by nie wykorzystać kawałka ziemi, dostępnego chociażby przed blokiem.
    Dawniej wokół bloków, prócz typowych zasadzonych kwiatami mini ogródków, można było znaleźć grządki z marchewką, pietruszką, szczypiorkiem. Obecnie dostępne w sklepach stoiska z ziołami pozwalają na namiastkę własnego ogródka w obrębie własnego mieszkania, lecz to powoli jest za mało! Sama nie posiadam balkonu, a jedynie szeroki gzyms tuż za oknem i pierwsza myśl jaka przeszła mi na myśl to wybudowanie stelażu, zbudowanie własnego mini ogródka. Pan Aleksander oczywiście wyśmiał mnie, nazywając mnie „zasranym ogrodnikiem”, tylko dlatego, że chciałam posadzić sobie za oknem nie tylko szczypiorek ale właśnie również marchewkę, rzodkiewkę… Ale jak widać, nie każdy rozumie taką potrzebę. Mi jednak brakuje dostępu do czegoś własnego, drobnych, prawie nic nie znaczących plonów, które mi osobiście mogłyby przynieść sporą satysfakcję oraz przede wszystkim własne podstawowe warzywka, chociażby stanowiące dodatek do sałatki.
Moja mama poszła o krok do przodu. Z racji tego, że mieszka w domu jednorodzinnym, a po dawnym warzywniku w ogrodzie nie widać dawno śladu, wygospodarowała ostatnio miejsce na mały inspekt – zasadziła tam pomidorki koktajlowe, które pięknie pięły się w górę aż podczas weekendowej wizyty byłam świadkiem przesadzania ich z inspektu do dużych donic aby mogły już samodzielnie rosnąć. Ile dumy i zachwytu było widać po mojej mamie – bezcenne!
Również w mieście takie działania mogą mieć miejsce! Niezależnie od tego czy mamy do dyspozycji własny skwarek ziemi czy też nie. Odnosząc się do treści artykułu, w Warszawie podobno są już grupy osób, które wspólnie uprawiają porzucone działki, a zebrane plony dzielone są proporcjonalnie do wkładu pracy. Co więcej, wspólną inicjatywę zaczynają wspierać różne instytucje – chociażby Służewski Dom Kultury w Warszawie, który w tym sezonie udostępnił dla sąsiadów wspólny warzywniak.
    Nie wiem z czego to wynika, być może z faktu, że lubię czerpać satysfakcję z czegoś co powstało dzięki pracy moich rąk, ale jestem wielką zwolenniczką takich zmian. W pełni popieram również działania społeczne, które poniekąd „zmuszają” do pracy grupowej, nawiązywania kontaktów i przede wszystkim uczenia się życzliwości względem drugiej osoby, czego tak naprawdę w polskim społeczeństwie brakuje. W końcu o wiele przyjemniej żyje się wśród ludzi, którzy życzą nam dobrze, wspierają nas i pomagają niż na każdym kroku doszukiwać się nieprzyjemności i obawiać się zła czyhającego tuż za rogiem, tylko dlatego, że ciężko jest nam się wysilić na choćby jeden uśmiech skierowany do drugiego człowieka.

Autor Bloga

Monika

Pasjonatka dobrej kuchni, dobrej muzyki i sztuki. Wieczna studentka, chwilowo architektury i urbanistyki :) Wcześniej (przez chwilę) polonistyki. Niewydana pisarka, skryta malarka. Mam nadzieję, że przyszła właścicielka firmy projektowej.

1 Komentarz

    • Mi udało się, na szczęście, namówić Ukochanego na stworzenie stelażu na gzymsie tuż za oknem aby chociaż uprawiać szczypiorek i pomidorki, które zamierzam zabrać od mamy :) także namiastkę ogródka będę mieć :)